PODZIĘKOWANIA

Dodano 6 czerwca 2013, w Towarzyskie, przez Bombelisia

Tutaj chciałam podziękować 5 ważnym osobom, które mają swoje zasługi dla powstania tej witryny:

1) Wojtkowi za kibicowanie
2) Sławkowi za naciskanie i drążenie
3) Krzysiowi za to, że mnie zniechęcał
4) Michałowi za inspirację
5) Andrzejowi za autorstwo zdjęcia.

 

(SAMI MĘŻCZYŹNI, okazuje się…     muszę teraz poświęcić jakiś wpis specjalnie KOBIETOM…)

Otagowane:  

Jestem uratowana!!!

Dodano 10 września 2015, w Myśli różne, Trochę techniki, przez Bombelisia

Czy pisałam już, że moją zmorą jest niepamiętanie haseł? Taaaaak.

Na szczęście mój blog pamięta o mnie i wysyła mi przypominajki. Zaraz, zaraz, i co teraz? Przecież trzeba się zalogować, a ja podczas tej długiej przerwy nie tylko nie wiem, jakie było hasło, ale dokonałam niezliczonych aktualizacji i ulepszeń w moim „urządzeniu” (czytaj: „kompie”).

Na dodatek jeszcze odnalazłam i RĘCZNIE wydłubałam robaka (malware) z systemu, uszkadzając przy okazji to i owo zapewne – za to skuteczniej niż antywirus… Taka dobra jestem :D

Więc jak przyszło do logowania, to ZAMARŁAM. Co teraz?

Aaaa, nic.  Coś zapamiętało to hasło za mnie. Nawet nie zawracam sobie głowy, co to było. Mam niespodziankę – nie muszę zmieniać hasła, ani wymyślać nowego bloga.

Face-Boga też używam. Nawet dorobiłam się na nim swojego ulubionego trolla :D – pisze on dziwne, kontrowersyjne rzeczy pod wpisami różnych osób… początkowo myślałam, że to normalny wariat, ale nie! To prawdziwy TROLL!!!

Czasem do mnie pisze na priva, żeby powiedzieć, jak mnie lubi i wyciągnąć nazwiska moich znajomych.

Potem pewnie też ich zaszczyca swoją twórczością.

Trolle tak mają…

 

Cholerne Święta. Już się kończą :)

Dodano 26 grudnia 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Pada śnieg, drugi w tym roku. Przypomina o istnieniu zimy w tym kraju strefy klimatu umiarkowanego. Zimy mojego dzieciństwa były śnieżne i umiarkowanie mroźne, takie wymarzone do zabaw w śnieżki, sanek i lepienia bałwanów, a nie grożące odmrożeniami po przejściu przez ulicę. Myśleliśmy wtedy, że zima właśnie tak wygląda i że tak będzie zawsze… Bo wszystkie zimy były do siebie bardzo podobne.

Świąt nienawidziłam serdecznie, ale mówienie o tym komukolwiek nie miało sensu. Bo Święta programowo miały być czymś fantastycznym, oczekiwanym i radosnym, choćby na siłę. Obowiązkowo tradycyjne i rodzinne. Te dwa słowa po dziś dzień kojarzą mi się z mało przyjemnymi rzeczami. Szczerze? Z przymusem i katorgą uwięzienia w domu, w którym „dzieci i ryby głosu nie mają”. Nawet w Wigilię…

Wyjście z domu lub zaproszenie kogoś z przyjaciół było zbrodnią niewybaczalną, bo przecież to święta „rodzinne” i trzeba było obowiązkowo spędzać czas z rodziną – bliższą i dalszą. I z nikim więcej.

A wcześniej przejść obowiązkowe przedświąteczne piekło przygotowań. Nie chodzi tu o jakąś uciążliwość sprzątania czy przygotowania potraw, o nie. To nie to. Przedświąteczne piekło było czysto emocjonalne. Kipiąca złość i wzajemne oskarżenia jako danie główne w te dni. Wskutek regularnego treningu osiągnęłam mistrzostwo w sztuce niereagowania na jedno i drugie.

W czasie Świąt piekielne rozmowy, w których nikt nikogo nie słucha, przypominające raczej fechtunek. Zbiór wyrafinowanych pojedynków, zmierzających do osaczenia i podporządkowania przeciwnika z jednej strony, a do skutecznego odparowywania ciosów i neutralizowania ataku z drugiej. Ja gdzieś w tym ginęłam, nie liczyłam się. Ale musiałam być obecna, nie wolno mi było nawet na chwilę opuścić pokoju. No, chyba że po to, żeby pozmywać, z czego skwapliwie korzystałam

Cierpliwie czekałam na koniec Świąt, kiedy wreszcie będzie można normalnie wyjść z domu i spotkać kolegów. Pobawić się na śniegu, pojeździć na łyżwach… Może trudno w to uwierzyć, ale naprawdę tęskniłam wtedy za powrotem do szkoły, do normalnych ludzi! Pewną ulgę w katordze stanowiły zawsze spotkania z rodziną dalszą, zwłaszcza na ich terenie – o, to był raj! Wtedy można się było śmiać i rozmawiać, okazywało się, że kogoś interesuje co dziecko ma do powiedzenia i co lubi samo z siebie, a nie dlatego, że mamusia wie lepiej od niego… uf! Jako nastolatka z zapałem zmykałam do kościoła, tam też byli normalni ludzie.

Jako dorosła już osoba przez długie lata pokornie, choć coraz później przyjeżdżałam na „tradycyjne rodzinne święta”. Błogosławiłam spóźniające się pociągi, a wyrzuty, że „zjawiam się na gotowe” w wigilijny wieczór spływały po mnie jak po kaczce. Każda chwila, która pozwalała odwlec nieuniknione, była na wagę złota. Uzbrojona we wszystkie nabyte z wiekiem sztuczki, grzecznie uczestniczyłam w dobrze znanym rytuale. Milczałam, jadłam, odpowiadałam wyłącznie na pytania, zadawałam grzecznościowe pytania i nudziłam się śmiertelnie. Udało mi się nawet wydrążyć dziurę w mentalnej skale i zaszczepić dopuszczalność spacerów. Ostatni bastion upadł wiele lat później, gdy rosnące dzieci brata zaczęły przyprowadzać ze sobą przyjaciół. Okazało się, że nie jest to już śmiertelną zbrodnią. Stopniowo ten świąteczny dom zrobił się nawet fajny. Otwarty, pełen śmiechu. Może bez fajerwerków, ale już na pewno nie to, co dawniej.

Od lat mam własny dom, w którym mogę urządzać Święta dokładnie tak jak lubię i chcę spędzać. Skwapliwie z tego korzystam. Przeżyłam dzięki temu wiele fajnych chwil. Mimo to do dziś na samo słowo „Święta” wciąż cierpnę i przypominają mi się same najgorsze rzeczy. Gdy wokół szaleją przygotowania, ja do ostatniej chwili usiłuję wykasować ze świadomości fakt, że to już wkrótce, że trzeba coś zaplanować, zorganizować. Jestem zdenerwowana i otępiała, „puszczam” całkowicie dopiero w Wigilię, kiedy słuchając radiowej Trójki mogę lepić uszka do barszczu i pierogi, a mąż krząta się po kuchni, gotuje je partiami i przyrządza karpie (nie jadam). To najpiękniejszy moment świątecznego rytuału, kiedy czuję się naprawdę szczęśliwa.

Nienawidzę ubierania choinki, nie kupujemy prezentów, karp może dla mnie nie istnieć. Improwizuję i nie zdążam przygotować połowy rzeczy, bez których podobno ludzie nie wyobrażają sobie Bożego Narodzenia. Jestem szczęśliwa, bo mogę niespiesznie szykować wszystko po swojemu. To bardzo przyjemne. Nasi świąteczni goście też dobrze się u nas czują.

Mimo to strach przed Świętami to u mnie odruch bezwarunkowy. Skracające się dni, świąteczne dekoracje w sklepach i widok śniegu za oknem budzą niezrozumiałe przerażenie. Pragnienie ucieczki daleko stąd, zahibernowania się i obudzenia tak gdzieś po Trzech Królach, kiedy będzie już dawno po wszystkim.

Dziecko we mnie wciąż nienawidzi Świąt, boi się ich i kojarzy je z najgorszymi emocjami.

Otagowane:  

Nocne przemyślenia

Dodano 23 czerwca 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Tyle mądrych rzeczy przewinęło mi się przez głowę ostatnio, haha! Nocą jednak nie zostaje już po tych mądrościach żaden ślad. Noc to czas słuchania Cohena i pociągania piwka na przekór konieczności rannego wstania.
Mój niemalże dobry znajomy ksiądz Oko podobno nadal wojuje z genderem. Tym razem jako wykładowca kursów internetowych…. „jak dobrze być żołnierzem, żołnierzem!” (Bułat Okudżawa).
A ja myślę z wdzięcznością o wszystkich ważnych mężczyznach w moim życiu. Bez nich nie byłabym sobą. Mimo to wdzięczność, którą do nich odczuwam, jest czymś nowym. Coś takiego u mnie akurat przyszło z wiekiem. Niełatwo było poczuć wdzięczność do mężczyzn w okowach patriarchalnej kultury. I pośród maczystowskich ideałów życia codziennego.
Tymczasem zrozumiałam, że, mimo wszystko, mężczyźni są nie do zastąpienia.
Co myślicie o tym, dziewczyny?
okej, wiem, że wcale tego nie czytacie ;)

Otagowane:  

Pada już… nareszcie!

Dodano 10 czerwca 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Ciężki krople deszczu walą w rozgrzany parapet. Usiadłam do pracy po nieoczekiwanym spotkaniu z moim ogrodowym zajączkiem, któremu poświęciłam wpis na FB.

Niepostrzeżenie świętowałam urodziny mojego bloga. Nie uhonorowałam go za to żadnym specjalnym wpisem. Zrehabilituję się i zadedykuję sobie z tej okazji jakiegoś ładnego kwiatka – konkretnie jest to nagietetek – z mojego rusałczanego ogrodu. Tego, w którym hula zajączek :-)

Tymczasem nadciąga burza, jest już tuż-tuż.

Otagowane:  

Przy Leonardzie Cohenie po kolacji

Dodano 30 maja 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Dziś na kolację była zapiekanka z kaszy jaglanej i szpinaku. Z dużą ilością czosnku, ziołami, fetą, podlana śmietanokefirem. Parę łyżek i brzuszek szczęśliwy!

Moje Przyjaciółki ugrzęzły na FB. I w ogóle tu nie zaglądają, więc piszę sobie a muzom. I niech tak zostanie.

Kanadyjski bard gra mi na Spotify – bardzo się rozwinęłam komputerowo od ostatniej wizyty ;) – akurat Famous Blue Raincoat z jakiegoś koncertu w Londynie… Zmieniam na Seems So Long Ago, Nancy, ale to też nie mój klimat. Dziś chyba tylko Hallelujah!

Otagowane:  

Rilke pisze i zachwyca

Dodano 30 maja 2014, w Wiersze, przez Bombelisia

ŚPIEW KOBIET DO POETY

 

Spójrz, jak rozluźnia wszystko się dokoła:

Tak też i my się rozluźniamy błogo.

Bo co w zwierzętach – mroczne krwi pożogą,

To w nas, kobietach, duszą jest; i woła

 

Do ciebie, byś je przyjął – do poety.

Co prawda ty jedynie nas oglądasz

Jak coś pięknego, czego nie pożądasz.

I stąd nam się wydaje, że to nie ty,

 

kogo wołamy. Lecz któż w siebie wziąć

bardziej potrafiłby nasz urok cały?

I w kimże bardziej byłybyśmy sobą,

 

My, nieskończoność, co przechodzi obok?

Ty bądź jej głosem, byśmy ją słyszały;

Ty jednak, głosicielu nasz, ty bądź!

Otagowane:  

Mój przepis na kanapkę z awokado

Dodano 30 kwietnia 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Odkryłam swój smak kanapki z awokado.

Kromeczkę, zagruntowaną prawdziwym masełkiem, pokrywam dokładnie plasterkami AWOKADO, oprószam KURKUMĄ, na to plasterki domowego KISZONEGO OGÓRKA (ważne! co najmniej 1, ale ja wolę więcej), a na wierzch kawałeczki CZERWONEJ PAPRYKI. Zielenina niekonieczna.

Skończona doskonałość smakowa. I bardzo pożywne :)

Smacznego!

Otagowane:  

Moja nowa stara pasja

Dodano 23 kwietnia 2014, w Codzienność, przez Bombelisia

Zawsze, odkąd pamiętam, wyobrażałam sobie własne, ukryte światy i wcielałam się w stworzone przez siebie postacie. Wymyślałam sobie co mówią, jak się poruszają i jak wyglądają. Gadałam do siebie, odtańczałam co mi w duszy grało i zatapiałam się w marzeniach.
Niestety, nie lubiłam pisać. W dzisiejszych czasach na pewno zdiagnozowaliby u mnie dysgrafię, jeśli nie dysleksję. Ale wtedy po prostu ćwiczyłam. I nauczyłam się jakoś sobie radzić z tym, że na lekcji nie nadążam z notowaniem, a na klasówce nie zdążam odpowiedzieć na wszystkie pytania, chociaz wszystkie odpowiedzi mam w głowie. Pisanie przyszło później, jako rezultat ciężkiej pracy oraz lektury Sienkiewicza. Ale i tak wolałam opowiadać i odgrywać historie (ubarwiałam je!) albo czytać na głos, czy choćby deklamować wiersze.
Byłam urodzoną aktorką. Niestety, ani ja, ani tym bardziej nikt dorosły w moim otoczeniu nie umiał tego docenić. Podpowiedzieć, jak to rozwijać… że to w ogóle może być uczone i rozwijane. Zajęć dla amatorów, czy jakiegoś teatrzyku dziecięcego też u nas nie było, nawet kółka recytatorskiego nikomu nie chciało się prowadzić. A studia musiałam wybrać „konkretne”, dające jakiś zawód wymagający wyższych umysłowych kwalifikacji, w którym pracuje się 8 godzin ku chwale społeczeństwa.
Rodzina mojej mamy była uzdolniona artystycznie. Wszyscy śpiewali, tańczyli, i temu podobne. Ale tego się nie ceniło. To był zbyteczny, luksusowy dodatek do ogólnego wyposażenia, a nie jakieś zdolności, które należało profesjonalnie kształcić. Mało kto miał szansę uczyć się choćby gry na jakimś instrumencie! Zajmowanie się jakąś artystyczną profesją nie budziło w tej rodzinie szacunku, co najwyżej sympatię i politowanie.
A ja patrzyłam z zazdrością na dzieci, które występowały w filmach i marzyłam, że kiedyś też będę mogła wcielić się w taka małą bohaterkę. Wyobrażałam sobie, jak ja sama zagrałabym oglądaną postać. To wszystko, co mogłam zrobić wtedy. Przecież moja mama była ostatnią osobą, która zgodziłaby się zabrać mnie na jakieś dziecięce przesłuchania!

Było jak było. Aktorką nie zostałam i raczej już nie zostanę. Ale jest mi dane uczestniczyć w zajęciach aktorskich, które sprawiają, że ożyła we mnie dawna pasja. Uśpiona przez lata, wyśmiewana miłość, która na stare lata grzeje moje serce najżywszym ogniem.
To duże wyzwanie, bo chyba wszystko ,co tam robimy, jest dla mnie przekraczaniem siebie na najrozmaitsze sposoby.  Jestem najstarsza w grupie (włączając prowadzącego) i wraz z młodymi ludźmi, którzy mogliby być moimi dziećmi robię głupie miny, ćwiczę narządy mowy i całe ciało, tarzam się po podłodze i odsłaniam emocje, Ale za nic w świecie bym już z tego nie zrezygnowała!
Czasu nie cofnę, ale nadal mogę być szczęśliwa, okazało się.

Otagowane:  

O miłości i mężczyznach dla Mojej Przyjaciółki

Dodano 21 kwietnia 2014, w Psychologia, przez Bombelisia

Powinnam zacząć od odnośnika do pewnego ważnego dla mnie bloga, który Moja Przyjaciółka skrobie podczas podróży po antypodach. Oto wpis, który mam na myśli:


http://podrozdoaustralii.blox.pl/2014/04/O-to-caly-jest-ambaras.html

 Myślałam sobie nocą, jak to jest z tym trafianiem na „właściwych mężczyzn” u mnie i u kobiet, które dobrze znam… Ups, ten cudzysłów to dlatego, że ja nie myślę o spotkaniach z mężczyznami w ten sposób. Za tym zwrotem kryje się ukryte założenie, że „do czegoś” mi ten mężczyzna jest potrzebny i pod tym kątem można go ocenić – czy jest „właściwy”, czy nie. Np. czy nadaje się na stałego partnera, męża, albo ojca moich dzieci. Nie szukam nikogo takiego w moim życiu, więc ktoś może sądzić, że problem jest dla mnie teoretyczny i wymądrzam się. Ale jednak, zawsze odkąd pamiętam, spotykałam się z mężczyznami bez wstępnych oczekiwań. W końcu zdecydowałam się dzielić życie z jednym z nich – i tak jesteśmy razem już baaardzo długo. Tego nie dałoby się zaplanować, w sumie cała ta sprawa jest dla mnie jakąś tajemnicą – czemu właściwie ja i on, jakim cudem tak dopasowaliśmy się do siebie nawzajem, skoro nikt nie zaplanował nas jako dwóch idealnie dobranych klocków. I w ogóle nic nie wskazywało na to, że nasz związek ma jakieś szanse powodzenia. To bardziej proces jest, stawanie się parą z każdym dniem bardziej, a nie jakieś dane nam z nieba dobre dopasowanie.

To raczej tak, że musiałam trochę przeżyć i nauczyć się być taką kobietą, żeby nie ciągnęło mnie do angażowania się w mężczyzn trudnych i niemożliwych do udźwignięcia. Nic więcej. Ale i aż tyle. Borys Cyrulnik napisał takie okrutnie trafne zdania na temat tego, czym w istocie jest nasz „wybór” małżonka:

 Kiedy rodzice decydowali o małżeństwach potomstwa, nie zdawali sobie sprawy, że organizując te związki wzmacniają strukturę społeczną. Dla arystokracji ślub był okazją do zawarcia sojuszu między dwoma rodami; chłopi dążyli w ten sposób do powiększenia powierzchni posiadanej ziemi; sklepikarze utrwalali majątek, robotnicy zawierali związki jedynie z „porządnymi ludźmi”, takimi jak oni robotnikami, adwokaci mieli nadzieję, że synowie przejma ich kancelarie, dzieci lekarzy zostawały lekarzami, a nauczyciele uczyli przez wiele pokoleń i pobierali się w obrębie tej grupy zawodowej.

Odkąd małżeństwo z miłości stało się wartością kulturową, dochodzi do głosu nie tyle struktura społeczna, co osobista. Kiedy rodzice prowokowali kontakt swych dzieci, wzmacniali grupę. Kiedy o doborze partnera decyduje miłość, ułatwia to powstawanie nerwic.

Nie lekceważyłabym tego ostatniego zdania! Kiedyś jeszcze o tym napiszę.

Techniczne niespodzianki

Dodano 21 kwietnia 2014, w Trochę techniki, przez Bombelisia

Przysięgam, mam dość komputera! Zanadto biorę sobie do serca jego techniczne fanaberie! Otwieram ja sobie dzisiaj mojego bloga i co widzę? kicha. Zupełnie nowe, uproszczone opcje w kokpicie, wszystko inaczej. Bez możliwości zatwierdzania komentarzy. I brak komentarzy do zatwierdzenia.

Owszem, przyznaję sie, przyspałam z moim blogiem nieco, bo po ostatnich przygodach z grupą warsztatową na Facebooku i po wirtualnych tam spotkaniach z moją niezrównaną przyjaciółką na antypodach, wsiąkłam zupełnie w tamten zdradzieckin portal, a nawet zaczęłam się uzależniać, wrzucać pliki z ulubionymi melodiami, które akurat mi się śpiewały,  i inne głupoty.

W dodatku podjęłam nieudaną w sumie próbę wykonania wpisu z użyciem tabletu. Dobrze żarło, ale zdechło. To znaczy z jakiegoś powodu wpis się nie opublikował na blogu i gdzieś zniknął. Może potrzebowałam jakiejś aplikacji na urządzenie mobilne, kt.órej nie ściągnęłam, nie wiem. W każdym razie cały wpis poszedł w kosmos.

Usiłowałam również zrobić sobie w soim blogu link do w/w Przyjaciółki na antypodach (pozdrawiam!), żeby go sobie bez problemu z tego miejsca czytać… i guzik z tego. Nie wiem, co się nie udało i czy sobie jakichś superważnych ustawień osobistych przy tym nie skasowałam…

W dodatku otwierając komputer przed chwilą, miałam problemy z łączem internetowym, aktualizacją oprogramowania i otwarciem outlooka. Nie wiem dlaczego i nigdy nie zrozumiem. Postanowiłam sie nie przejmować – w końcu na studiach zawsze musiałam korzystać z przypadkowych komputerów w uczelnianej pracowni, gdzie nigdy nic nie działało jak powinno i nigdy nie było wiadomo na jakim sprzęcie i z jaką wersją sytemu przyjdzie mi pracować. To ćwiczy nerwy.

Na wszelki wypadek przywróciłąm na moim blogu ustawienia domyślne i nie wiem, co z tego wynikło. Nie będę się kopać z koniem (czyli z głupią maszyną). Zobaczę i pobawię się tym.

Uwaga, za chwilę nastaąpi kolejny wpis :mrgreen:

pa!

Otagowane: